|
2008-05-31 11:16
Możliwości współczesnego kapitalizmu wydają się nieograniczone. To zapewne najbardziej wydajna maszyna do pomnażania zysków, jaką udało się kiedykolwiek stworzyć człowiekowi. Jego rzeczywistość jest jednak osobliwie płynna i niepewna. Finansowy sukces bywa tu bardzo nietrwały. Wahania giełdowe mogą wywoływać finansowe kryzysy na skalę globalną i decydować o upadku całych państw. Wszystko to sprawia, że dzisiejszy kapitalizm wydaje się pozbawiony wszelkich reguł. Jego krytycy, których gościliśmy na łamach "Europy", tacy jak Richard Sennett czy Slavoj Zizek, podkreślają destrukcyjny wpływ kapitalistycznej machiny na społeczeństwo.
Wybitny ekonomista Daniel Cohen, patrzy na tę kwestię z nieco innego punktu widzenia. Jego zdaniem jakikolwiek związek między kapitalizmem a społeczeństwem po prostu zanikł. W dawnym społeczeństwie przemysłowym sposób produkcji kształtował społeczną hierarchię. Zapewniał też pracującym względne bezpieczeństwo. Dziś kapitalistyczne przedsiębiorstwo mogłoby działać nawet na pustyni. Firmy wyrzekły się wszelkiej odpowiedzialności za pracowników. Żadna więź nie łączy już dziś menedżerów i ich podwładnych. To samo można obserwować w skali globalnej: bogatemu Zachodowi uboższe części świata nie są właściwie do niczego potrzebne. Ten powszechny rozpad więzi wydaje się niemożliwy do przezwyciężenia. (zapis rozmowy w ramach debaty zorganizowanej przez tygodnik Europa) Mamy dziś do czynienia z całkowitym oddzieleniem gospodarki i społeczeństwa - to pana zdaniem najważniejsza zmiana, jaka dokonała się we współczesnym świecie. Podczas gdy w społeczeństwie przemysłowym pewien sposób produkcji był powiązany z gwarancją bezpieczeństwa, teraz te więzi zostały całkowicie zerwane. Jakie są tego konsekwencje? Możemy sobie dziś bez trudu wyobrazić fantastycznie funkcjonujące przedsiębiorstwo, wzniesione w samym środku ruin, po których krążyliby jedynie bezdomni. Takie przedsięwzięcie pociągałoby za sobą pewne koszty społeczne - nie można byłoby np. chodzić po okolicy w nocy ze względu na zbyt wielkie ryzyko pobicia. Nie byłoby natomiast żadnych dodatkowych kosztów ekonomicznych. Dzisiejsza gospodarka doskonale radzi sobie z takimi sytuacjami. Czegoś podobnego w XX wieku nie było - wtedy istniały bardzo bliskie więzi między sferą ekonomiczną i społeczną. W bardzo prostym sensie siły ekonomiczne "produkowały" społeczeństwo, dawały poszczególnym klasom ramy dla ich współistnienia. Dziś przyjmujemy za oczywiste, że najsłabsi mają być finansowani przez społeczeństwo, a nie przez rozwój gospodarczy. Weźmy fabrykę z okresu jej złotego wieku, z lat 50. Wszystkie warstwy społeczne są tam obecne. Mamy dyrektorów, inżynierów, robotników. Wszyscy funkcjonują razem w sposób solidarny. Inżynierowie zastanawiają się, w jaki sposób włączyć do społeczeństwa najsłabsze, najmniej odporne na nowe wyzwania warstwy, czyli robotników niewykwalifikowanych. Praca przy taśmie była wtedy me To wszystko utraciliśmy wraz odejściem świata przemysłowego... Tak, gospodarka już nie integruje. Zaczęła rozłączać wszystkie elementy społeczeństwa, które były dotąd ze sobą związane. Inżynierowie wyszli z fabryk i pracują w biurach projektowych. Robotnicy też opuścili fabryki i znaleźli się w ośrodkach podwykonawczych. Nie ma żadnego organicznego związku między tymi, którzy wydają polecenia i tymi, którzy je wykonują. Mit przemysłowego holizmu został całkowicie zarzucony. Richard Sennett opublikował niedawno błyskotliwą książkę "Kultura nowego kapitalizmu", w której zajmuje się podobną tematyką. Dla niego jednym z głównych wyznaczników nowej sytuacji jest dążenie do tego, by zmniejszyć odpowiedzialność zarządzających za wydawane decyzje. Stąd tak popularne stało się uzasadnianie wszelkich ważnych zmian opinią konsultanta. W razie czego to zewnętrzna firma konsultingowa - a nie zarząd - zostanie oskarżona o błąd... To doskonale pokazuje, że szefowie zajmują dziś wobec własnych przedsiębiorstw pozycję całkowicie zewnętrzną. Ta zewnętrzność staje się nową normą. Mówi się wręcz o firmach bez pracowników, o przedsiębiorstwach pustych. Za idealną uznaje się sytuację, w której pracowników jest jak najmniej, a podwykonawców jak najwięcej. Podam tu tylko jeden przykład - Renault, dumę i symbol francuskiego przemysłu. Dziś tylko 20 proc. zadań wykonywanych jest w jednostce centralnej, resztę zleca się gdzie indziej. W XIX wieku zauważono, że kapitalizm nie jest w stanie stworzyć sam z siebie warunków życia klasie robotniczej - robotnicy po prostu umierają z głodu. Czytamy to w analizach Marksa, ale nie tylko u niego. To samo mówią lekarze czy naukowcy zajmujący się higieną. Ten problem stanowił wtedy rzeczywiście najsłabsze ogniwo kapitalizmu, które mogło doprowadzić do jego upadku. Dziś degradacja warunków życia jakiejś grupy robotników nie zagraża już w żaden sposób kapitalizmowi. Po prostu dlatego, że kapitalizm może w każdej chwili przemieścić się gdzie indziej - jego charakterystycznymi cechami stały się eksternalizacja i delokalizacja. To wszystko dowodzi, że gospodarka ta nie tworzy żadnego społeczeństwa. I zarazem stanowi największy znak zapytania, gdy chodzi o naszą przyszłość. W jaki sposób doszło do zerwania związku między inżynierami i robotnikami? Co sprawiło, że znaczna część robotników po prostu przestała być potrzebna? Praktyki takie jak delokalizacja są przecież skutkiem, a nie przyczyną. Gary Becker, laureat Nagrody Nobla z ekonomii, w ramach swych ekonomicznych analiz instytucji małżeństwa zaproponował tzw. teorię selektywnego dobierania się w pary. Otóż, kiedy mężczyzna i kobieta zamierzają się pobrać, możliwe są dwa wzorce doboru. Po pierwsze, ktoś piękny i bogaty może się związać z kimś innym pięknym i bogatym. Jest jednak również druga możliwość: można sobie wyobrazić, że mężczyzna biedny i brzydki poślubi kobietę bogatą i piękną. Choćby dlatego, że może ją przekonać, iż jest w stanie dać jej więcej - że będzie milszy i wierniejszy niż inni mężczyźni. W ramach tej dziwacznej teorii można postrzegać społeczeństwo przemysłowe jako asymetryczny związek między ludźmi dobrze uposażonymi - inżynierami - i ludźmi słabo uposażonymi, czyli robotnikami. Inżynierowie na tym zyskują, dopóki robotnicy są potulni. Niemniej jednak, kiedy robotnicy zaczynają być znacznie bardziej wymagający, kiedy ich aspiracje coraz bardziej rosną - coś takiego obserwujemy na Zachodzie od lat 60. - ten selektywny dobór przestaje być opłacalny. Wchodzimy w epokę, kiedy bogatsi dochodzą do wniosku, że wolą zostać we własnym gronie. Ci stojący trochę niżej, sfrustrowani brakiem możliwości awansu, odcinają dostęp jeszcze niższym warstwom. W ten sposób secesja najbogatszych zaczyna stanowić wzór dla całego społeczeństwa. Ludzie zamykają się we własnych izolowanych grupach - nie tyle przez uwielbienie dla własnej klasy, co przez odrzucenie innych, biedniejszych od nich. W społeczeństwie przemysłowym szefów przedsiębiorstw i pracowników łączyła wspólnota losu. Szefowie firm byli pracownikami takimi samymi, jak wszyscy inni - tyle że zarabiali więcej niż cała reszta. Krąży na ten temat niezliczona liczba anegdot. John Pierpont Morgan, wielki bankier amerykański, podkreślał nieustannie, że nie będzie negocjował z żadną firmą, której szef zarabia więcej niż dwudziestokrotność płacy robotnika. Rockefeller mówił z kolei o czterdziestokrotności. I jako że szefowie firm byli pracownikami tak jak wszyscy inni, ich podstawowym zadaniem była ochrona całej firmy przed ryzykiem, na które wystawieni byli zarówno prości robotnicy, jak i oni sami. Tak, w latach 50. uważano, że podstawowym zadaniem szefa jest właśnie ochrona firmy przed wahaniami koniunktury. Dziś wszystko sprowadza się do tego, że szefowie zabezpieczają się przed ryzykiem, dywersyfikując własny portfel akcji. Dawniej szef firmy pracował w niej przez całe życie - i robił wszystko, by jego kariera trwała. Teraz wiadomo, że praca w jednej firmie potrwa najpewniej kilka lat - dlatego gwarancji szuka się na zewnątrz. A całe ryzyko każe się ponosić firmie i pracownikom w imię skuteczności ekonomicznej. To wytwarza sytuację, która nie ma absolutnie nic wspólnego z tym, co widzieliśmy dwadzieścia, trzydzieści lat temu. Wszystko zmieniło się w latach 80., gdy nastąpiła wielka rewolucja finansowa. Znaczenie giełdy w zarządzaniu firmami ogromnie wzrosło... Historia rynków finansowych jest w bardzo ścisły sposób związana z krachem 1929 roku. Nie sposób czegokolwiek zrozumieć, jeśli o tym nie pamiętamy. Kryzys globalny spowodowany tamtym krachem sprawił, że rynki finansowe zostały zdelegitymizowane. Akcjonariusze chowali się w cieniu. Ich wpływ na zasady funkcjonowania firmy uległ ogromnemu osłabieniu. To wtedy firmy zaczynają zatrudniać menedżerów, którzy bardzo rzadko pytają o zdanie akcjonariuszy, ponieważ uważają, że to właśnie akcjonariusze są odpowiedzialni za ekonomiczne spustoszenia. Jednocześnie żadnemu akcjonariuszowi nie przychodzi do głowy, by wydawać rozkazy szefowi firmy. W latach 80. giełda znowu odzyskuje swoją władzę. Wcześniej mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której przedsiębiorstwa w pewnym sensie zastępowały rynki finansowe. Dziś rynki finansowe nie mają żadnych granic. To ma bardzo wyraziste konsekwencje. Wszystkie badania prowadzone w tej sferze pokazują to samo. Za każdym razem, gdy jakaś firma wchodzi na giełdę, po kilku latach jej obroty zmieniają się w znacznie szybszym tempie niż dotychczas. Wszystko staje się znacznie bardziej nieprzewidywalne. Przejście do świata postindustrialnego wiąże się z zasadniczą zmianą kulturową - pojawia się pokolenie 68., dla którego paternalistyczne społeczeństwo przemysłowe jest tworem zupełnie obcym. Idea, że każdy musi realizować polecenia swego zwierzchnika, jest dla tych ludzi absolutnie nie do przyjęcia. Domagają się świata opartego na znacznie swobodniejszych relacjach. Świat przemysłowy rzeczywiście był światem paternalistycznym. Opierał się na ściśle wyznaczonej hierarchii, co bardzo odpowiadało ustrojom totalitarnym, opartym na planowaniu wszystkiego. Pamiętajmy, że Henry Ford był zafascynowany nazizmem, a marzeniem Hitlera było wprowadzenie w życie fordowskiego modelu produkcji. Oczywiste jest także to, że zawalenie się komunizmu w krajach Europy Środkowo-Wschodniej jest związane z wyczerpaniem się dynamiki społeczeństwa przemysłowego. Generacja 68 w ogromnym stopniu przyczyniła się do delegitymizacji modelu przemysłowego, promując wartości indywidualistyczne. Tyle, że - i to jest jeden z największych paradoksów współczesnego życia społecznego - demontując paternalistyczny model przemysłowy, utorowała drogę absolutnej dominacji kapitalizmu neoliberalnego. A przecież jej celem wcale nie było królestwo pieniądza. Jednak rozerwanie dawnych więzi miało takie właśnie rezultaty. Sugerował pan, że uniezależnienie się ekonomii od społeczeństwa to tylko pierwszy krok. Wyzwala on mechanizm, zgodnie z którym poszczególne grupy społeczne w coraz większym stopniu zamykają się przed innymi... Tak. Edukacja czy miejsce zamieszkania zaczynają stanowić środki, dzięki którym poszczególne klasy starają się zreprodukować w sposób identyczny. Klasy społeczne wypowiadają sobie wojnę, nie komunikując się między sobą. Weźmy choćby przestrzeń miejską. Jeszcze niedawno w normalnie urządzonym mieście, w kraju rozwiniętym, takim jak Francja, bogaci mieszkali na 2. piętrze, a biedni na samej górze, na mansardach. Bogaci i biedni spotykali się na klatce schodowej i, nawet jeżeli ze sobą nie rozmawiali, ich dzieci chodziły niejednokrotnie do tych samych szkół. Dziś bogaci i biedni mieszkają w różnych dzielnicach. Mało tego - robotnicze przedmieścia oddalają się jeszcze bardziej od bogatych dzielnic. To gigantyczna cywilizacyjna zmiana, której często w ogóle nie dostrzegamy. Dawniej robotnik udawał się do swego miejsca pracy na piechotę i dlatego musiał mieszkać blisko centrum. Dziś miasta robotnicze - dzięki rozwojowi kolejek podmiejskich - są tak bardzo oddalone od centrum, że nigdy nie będą stanowić części metropolii. A ich mieszkańców prześladuje świadomość, że są na zawsze oddaleni od prawdziwego świata, że życie jest gdzie indziej. To jedna z największych niespodzianek współczesności. Spodziewaliśmy się, że wraz z obniżeniem kosztów transportu - a tym samym odległości między centrum i peryferiami - nierówności zaczną się zmniejszać. Tymczasem nic takiego się nie stało. Nie doszło ani do zbliżenia między ludzi, ani do wyrównywania się poziomu bogactwa. Ekonomiści mówią o tym bardzo rzadko. Niemniej zmniejszenie kosztów transportu - musimy to wreszcie zrozumieć - jest tym czynnikiem, który pozwala centrum być jeszcze bardziej efektywnym od peryferii. To nie centrum potrzebuje peryferii, lecz peryferia potrzebują centrum. I jako że z każdym centrum połączonych jest wiele regionów biednych, może ono bez żadnego trudu zmusić peryferia do morderczej wzajemnej konkurencji, żądając co chwilę obniżenia kosztów dostaw i grożąc, że w razie czego zwróci się gdzie indziej. W ten sposób peryferia stają się jeszcze biedniejsze. A centra przejmują rolę kontrolną zarządzającą wobec całej reszty, wyzbywając się zadań najmniej istotnych, które zlecają peryferiom. To widać w Europie w skali regionów - mimo że poziom życia w poszczególnych krajach Europy wyrównuje się, nierówności między poszczególnymi regionami przestały się zmniejszać ćwierć wieku temu. Region bardziej rozwinięty, gęściej zaludniony bez trudu utrzymuje swoją przewagę. To samo widać na skalę globalną - w relacjach między Zachodem a tzw. Trzecim Światem. Dowodzi to, że dzisiejszy świat jest zdominowany przez logikę dysocjacji, rozłączenia - między zarządzającymi a podwykonawcami w obrębie firmy, między poszczególnymi klasami społecznymi w ramach społeczeństwa, między centrum a peryferiami w skali globalnej... Wielki francuski historyk, Fernand Braudel, opisując relacje między peryferiami i centrum podkreślał, że peryferia są równie oddalone w przestrzeni, co w czasie. Kiedy żyjemy 1000 czy 2000 km od centrum, oznacza to jednocześnie, że żyjemy tak, jak w centrum żyło się przed wiekami. Jesteśmy po prostu biedniejsi. Ale nie tylko zamożność zmienia się wraz z odległością, zmienia się także intensywność życia. Peryferia żyją tak, jakby Historia toczyła się na ich terenie znacznie wolniej... Globalizacja sprawia, że natura tego oddalenia uległa zmianie. Żyjemy w epoce jednoczasowości, której dotąd nigdy w dziejach świata nie było. Podstawowym wymiarem globalizacji jest upowszechnienie obrazów. Globalizacja znacznie szybciej rozpowszechnia wyobrażenia dotyczące bogactwa niż samo bogactwo. Nawet jeśli żyjemy na absolutnych peryferiach, jesteśmy nieustannie atakowani obrazami świata, w którym na co dzień nie uczestniczymy - i najprawdopodobniej nigdy nie będziemy uczestniczyć. Biedna połowa świata, ta, która dysponuje 2 euro na przeżycie dnia, jest pozbawiona atrybutów bogatego świata, ale jej aspiracje są wyznaczane przez ten nieosiągalny świat. Główny błąd w dzisiejszych opisach globalizacji polega na traktowaniu jako faktu tego, co w rzeczywistości pozostaje jedynie niezrealizowaną możliwością. Trzeba to zrozumieć - globalizacja wytwarza napięcia nie dlatego, że już się dokonała, ale dlatego, że wciąż nie nadchodzi. Krytycy Zachodu powtarzają nieustannie, że próbuje on narzucić swój model całemu światu. Pana zdaniem prawda jest inna: dzięki swemu monopolowi na obrazy sukcesu i piękna Zachód zdaje się obiecywać to, co nigdy nie nadejdzie. To jest najpoważniejszą przyczyną narastania frustracji... I nie tylko frustracji. Przykładem może być wielka rewolucja demograficzna, którą obserwujemy niemal na całym świecie. To fascynujące, że sfera tak intymna jak seksualność poddana jest tej samej logice - zachowania wyprzedzają rzeczywistość, dostosowują się do świata, który dopiero się pojawi. Obserwujemy dziś niezwykle szybki spadek licznych narodzin niemal na całym świecie. Ten fenomen przekracza wszelkie granice cywilizacji. W Egipcie w latach 50. na 1 kobietę przypadało 7 dzieci - dziś tylko nieco ponad 3. W Indonezji, najludniejszym kraju islamskim, było to 5,5, dziś tylko trochę ponad 2,5. W Indiach dzieje się to samo - schodzimy od 6 dzieci na jedną kobietę do 3,3. W Brazylii w ciągu 20 lat zamiast 4 dzieci mamy 2,3. W Chinach współczynnik wynosi 1,8. Co jest przyczyną tego wszystkiego? Eksperci podkreślali zawsze znaczenie czynników takich jak rozwój ekonomiczny czy edukacja kobiet. Kobiety przestają rodzić dzieci, kiedy oferuje się im inne możliwości - kiedy mogą pójść do pracy, zarabiać pieniądze. Niemniej jednak w krajach, gdzie niczego takiego im się nie oferuje, widzimy podobną ewolucję demograficzną. Dlatego musimy zaakceptować inne wytłumaczenie - demografowie zrozumieli, że głównym czynnikiem zmiany jest telewizja, która pozwala kobietom na całym świecie odkryć zachodni sposób życia, który zaczynają naśladować. Najistotniejszym czynnikiem okazuje się więc liczba odbiorników telewizyjnych... Dokładnie. Wszystkie kobiety świata chcą być podobne do kobiet Zachodu. Wszystkie małżeństwa świata chcą naśladować pary mieszkające w krajach bogatych. Badania ONZ pokazują, że około roku 2050 dojdzie do sytuacji, gdy w skali globalnej średnia płodność wyniesie 2,1 dzieci na jedną kobietę - a więc osiągnie poziom zapewniający utrzymanie populacji na tym samym poziomie. A później liczba ludzi najprawdopodobniej zacznie się zmniejszać. Wystarczy samo spojrzenie świata biednego na świat bogaty, by ten pierwszy zaczął się głęboko zmieniać. Oczywiście konsekwencją tego spojrzenia były także zamachy z 11 września, makabryczne przedstawienie, którego celem było wykorzystanie telewizji dla przejęcia władzy. W każdym razie mamy dwa możliwe sposoby użycia globalizacji - jeden nieświadomy, pozaideologiczny, praktykowany przez całe społeczeństwo. I drugi - w najwyższym stopniu polityczny, za którym stoją małe grupy. Podkreśla pan, że logiką dominującą w dzisiejszym świecie jest logika separacji. I tak pan postrzega również relacje gospodarcze między Zachodem i całą resztą. Schemat marksistowski, do dziś używany przez znaczną część lewicy, zakładał, że Zachód buduje swe bogactwo na wyzysku Trzeciego Świata. Zgodnie z pana teorią Zachód po prostu nie potrzebuje Trzeciego Świata, tak jak menedżerowie nie potrzebują dziś niewykwalifikowanych robotników... Jest trochę inaczej. Nie chodzi o to, że kraje bogate zupełnie nie potrzebują krajów biednych. Widzimy np. powstawanie bardzo silnych więzów między biednymi Chinami a bogatymi Stanami Zjednoczonymi. Chiny wytwarzają produkty przemysłowe, których w USA już się nie robi - i w ten sposób powstaje nowa współzależność. Tu chodzi raczej o to, że kraje bogate do niczego nie potrzebują tych najbiedniejszych między najbiedniejszymi. To nie z powodu wyzysku przez Zachód Afryka jest biedna - o tym decydują całkowicie odmienne mechanizmy. Jeżeli godzina pracy w Afryce jest opłacana znacznie gorzej niż w USA, to jeszcze nie znaczy, że robotnik amerykański wyzyskuje Afrykanina. Opierając się na tego typu założeniach, nie sposób zrozumieć mechanizmów wytwarzania bogactwa. Trzeba wziąć pod uwagę czynniki takie jak istniejąca infrastruktura, telefony, internet, elektryczność, komputery. Podam tylko jeden przykład - praca w Indiach jest dziś piętnastokrotnie tańsza niż w USA. Widząc takie liczby, każdy spodziewa się, że np. indyjskie tekstylia będą znacznie tańsze od amerykańskich. Tymczasem tak nie jest, ponieważ wszystkie elementy składające się na koszt - energia, kapitał, surowiec itd. - są w Indiach droższe niż w USA. Niskie koszty pracy - wbrew naszym wyobrażeniom - nie mają w dzisiejszym świecie większego znaczenia. Daniel Cohen, ur. 1953, ekonomista francuski, profesor École Normale Superieure w Paryżu. Członek stowarzyszenia "A gauche en Europe" założonego przez czołowych polityków francuskiej lewicy Daniela Strauss-Kahna i Michela Rocarda. Należał do grupy ekonomistów, która w niedawnych wyborach prezydenckich aktywnie wspierała lewicową kandydatkę Ségolene Royal. Jest felietonistą najbardziej znanego francuskiego dziennika "Le Monde". Opublikował kilka książek tłumaczonych na wiele języków - m.in. "Nos temps modernes" (2000), "La mondialisation et ses ennemis" (2004) oraz ostatnio "Trois leons sur la societé post-industrielle" (2006). Po polsku ukazały się "Kłopoty dobrobytu" (1998) oraz "Bogactwo świata, ubóstwo narodów" (2000). Cohen jest kawalerem Legii Honorowej oraz laureatem szeregu prestiżowych nagród m.in. Prix Européen oraz Prix Synapsis. Tekst pochodzi z tygodnika Europa nr 177/2007
kategoria:
Clienting
Komentarze (0)
2008-05-29 22:09
Ile można zapłacić za używany samochód? Właśnie padł rekord: 11 mln USD.
Na aukcji we włoskim Maranello czarny kabriolet Ferrari California Spyder z 1961 roku – jeden z 56 wyprodukowanych egzemplarzy, nabył za 11 mln USD brytyjski aktor Chris Evans. Pierwszym właścicielem był James Coburn, amerykański aktor filmowy. ![]() Poprzedni rekord ustanowiono w 1990 roku, kiedy za Ferrari 250 GTO z 1962 roku zapłacono w Monako kwotę 10,756,000 USD. Specjaliści podkreślają jednak, że było to auto wyścigowe, niedostosowane do ruchu ulicznego. Tymczasem "antykiem" zakupionym przez Evansa można bez problemu podróżować po zwykłych drogach. W Polsce do najdroższych, używanych aut należy oryginalnie odrestaurowany Ford Mustang GT 500 Eleanor z 1967 roku oferowany na jednym z portali aukcyjnych za...bagatela, 88 tysięcy euro. Czegóż się jednak nie robi dla pasji:) ![]()
kategoria:
Okiem razera
Komentarze (9)
2008-05-29 00:50
Wykluczenie finansowe bywa nazywane dżumą XXI wieku. Pisałem o tym zjawisku, coraz - niestety - powszechniejszym w krajach Europy Zachodniej kilka miesięcy temu (Dżuma XX wieku). Problem wykluczenia finansowego jak się okazuje dotyczy także większości Polaków!
Jak wynika z raportu opublikowanego przez Komisję Europejską (KE) - ponad połowa (56%) Polaków nie ma konta w banku. Dane zawarte w tym raporcie ilustrują tzw. wykluczenie finansowe, czyli odcięcie od usług i produktów finansowych, co uniemożliwia pełne uczestnictwo w życiu gospodarczym czy społecznym. "Na władzach publicznych, zarówno na szczeblu krajowym i europejskim, ciąży odpowiedzialność za zagwarantowanie wszystkim Europejczykom dostępu do usług finansowych, jakich potrzebują" - powiedział unijny komisarz ds. społecznych Vladimir Szpidla. "Dopiero zaczynamy dyskutować o problemie" - zaznaczył, nie wykluczając, że kiedy KE lepiej zapozna się z sytuacją, zaproponuje wiążącą unijną legislację, która będzie miała poszerzyć dostęp do usług bankowych. Ze statystyk KE wynika, że "wykluczonych finansowo" jest aż 40 proc. Polaków. Gorszy wynik jest tylko na Łotwie - 48 proc. Dla porównania - w Danii, Belgii, Holandii i Luksemburgu wykluczenie finansowe dotyczy co najwyżej 1 proc. mieszkańców. W Polsce wykluczenie finansowe nie jest tematem żadnej debaty publicznej. Tymczasem, wraz z rozwojem cywilizacyjnym, problem będzie narastał - ostrzega KE. Z raportu wynika, że wykluczenie to dotyczy głównie Polaków poniżej 25. roku życia, emerytów, mało zarabiających, niewykształconych i bezrobotnych. Według raportu, w 15 krajach starej UE dwóch na dziesięciu dorosłych mieszkańców nie korzysta z usług banków, co trzeci nie ma oszczędności, zaś 40 proc. - nie ma kredytu, choć tylko jeden na dziesięciu przyznaje, że mu go bank odmówił. W dużo uboższych nowych krajach członkowskich połowa mieszkańców nie ma konta (w Polsce 56 proc.), tyle samo nie ma żadnych oszczędności (w Polsce 60 proc.), a około trzy czwarte nie ma dostępu do kredytu odnawialnego (w Polsce 73 proc.). "W Polsce przyczyną wykluczenia finansowego jest przede wszystkim wykluczenie społeczne. Oferta bankowa okazuje się nadal zbyt kosztowna dla ludzi o małych dochodach, którzy w rezultacie unikają kontaktów z bankiem." - twierdzi profesor Piotr Błędowski, dyrektor Instytut Gospodarstwa Społecznego Szkoły Głównej Handlowej w Warszawie. źródło: pap
kategoria:
Clienting
Komentarze (8)
2008-05-28 03:07
Pałac Kultury i Nauki. Muzeum Techniki. Cmentarzysko dawnych zaskoczeń. Na drugim piętrze, wśród przedmiotów dziwnych i z wyglądu nudnych, stoją trzy niepozorne maszyny. Na nich tajemnicze symbole: AAH, KAR-65. Jest też pudełko z pokrętłem i mnóstwem białych przełączników. Pod nimi tabliczka: K-202. Szkolne wycieczki przemykają obok, bo też mało kto zna zaskakującą historię tych niepozornych przedmiotów. Zwłaszcza ostatniego. I człowieka, który je stworzył. Historię przewrotną i tragiczną, która mogła się wydarzyć tylko w Polsce. Wiele lat temu. Mały Jacek Wojna. Batalion Zośka. Ten sam, w którym walczył Kamil Baczyński. Mały Jacek wspomina, jak to na dyżurze, z nudów, wspólnie układali głupie wierszyki o byle czym, jedną zwrotkę Kamil, jedną on. Dla zabicia czasu. Powstanie. Pierwszy dzień. Mały Jacek jedzie z bronią z Dolnego Mokotowa na plac Zawiszy. Pech. Strzelanina. Na rogu Chałubińskiego i Koszykowej niemieckie kaemy wytłukły prawie cały oddział. On dostał kulę w kręgosłup. Ot, i cała powstańcza historia. Trzy dni później zginął Kamil. A Mały Jacek zaczynał naukę chodzenia. Dzisiaj porusza się bez laski, chociaż niemiecka kula wciąż tkwi w kościach. Przeszłość nieraz jeszcze da o sobie znać. Skończyła się wojna, zaczął komunizm. — W czerwcu1945 r. zdałem maturę. Potem Politechnika Warszawska. I fascynacje maszynami. Wtedy cudem techniki był amerykański komputer ENIAC. Jeden z pierwszych. Tak wielki, że zbudowano dla niego specjalną halę, a obok elektrownię, która go zasilała — wspomina Jacek Karpiński, ps. Mały Jacek. Do niedawna uważano, że był to pierwszy komputer na świecie. Ważył prawie 30 ton, zajmował 140 mkw. i składał się z ponad 18 tys. lamp elektronowych. Po wojnie, gdy odtajniono niektóre dokumenty brytyjskiego wywiadu, okazało się, że Brytyjczycy z ośrodka kryptograficznego w Bletchley Park ubiegli Amerykanów o dwa lata. W 1941 r. zbudowali pierwszy sprawnie działający komputer na świecie o nazwie Colossus. — Po studiach z nakazu pracy robiłem nadajniki radiowe dla ambasad, które dzięki nim komunikowały się z Polską. Spore, dwukilowatowe — mówi Karpiński. Kiedy odpracował studia, przeniósł się do PAN, gdzie wreszcie rozwinął skrzydła. I stworzył swoją pierwszą „mądrą” maszynę. Do przepowiadania pogody. — AAH była pierwszą na świecie maszyną, która pomagała tworzyć długoterminowe prognozy pogody. Po wprowadzeniu danych z obserwacji Słońca na ekranie pojawiał się wynik. W sumie to był taki wielki procesor o wymiarach dwa metry na półtora. Maszyna pracowała dwa lata. Ale pewnego dnia spadła ze schodów — wspomina Karpiński. Po prostu podczas przenoszenia tragarze nie utrzymali komputera wielkości szafy i przyrząd runął z wysokości dwóch pięter. Na oczach jego twórcy. Przykre. Karpiński wykonał jeszcze kilka innych maszyn, jak na owe czasy rewolucyjnych. Chociażby pierwszy na świecie analogowy komputer do działań różniczkowych AKAT-1. Albo perceptron. Maszyna, która sama potrafiła rozpoznawać otoczenie i uczyć się. Miała kamerę i system do analizy obrazu pokazywanego jej np. trójkąta. Bez problemu wskazywała jego cechy charakterystyczne i identyfikowała jego kształt. — Perceptron nie miał jakiegoś konkretnego zastosowania. To była raczej sztuka dla sztuki, zabawa. Podstawą działania była sieć neuronowa, składająca się z 2 tys. tranzystorów. Poza podobnym urządzeniem w Stanach Zjednoczonych nikt na świecie czegoś takiego nie zbudował — twierdzi Karpiński. Bo na sztuczną inteligencję było jeszcze za wcześnie. W 1964 r. FSO produkowała syrenki. Po ulicach jeździły wołgi i warszawy. Niewielu obywateli i towarzyszy wiedziało, co znaczy słowo komputer. Co też nieraz im Karpiński wytykał. Maszyna KAR-65 Co musi czuć człowiek, który w szarej rzeczywistości siermiężnego komunizmu wybiega myślami lata do przodu i konstruuje urządzenia wyprzedzające swoją epokę? Dumę? Jakież frukty musiał dostawać od władzy za taką robotę? Jakże musiał być hołubiony? Wiodło mu się niezgorzej? — Nie te czasy. Bycie inteligentnym bardziej szkodziło, niż pomagało. Owszem, pozwalano tworzyć maszyny, ale gdy powstawały, zaczynały się kłopoty. Wpierw był szum, potem maszyna zamiast do ludzi trafiała do piwnicy pod klucz, i cisza. A już nie daj Boże, żeby gazety napisały. Cenzura zabraniała. Bo jak naukowcy, to tylko radzieccy. I jak naukowe osiągnięcia, to tylko radzieckich naukowców. Polacy to kopanie węgla i ziemniaków. Prasa, owszem, pisała, że mamy pierwsze miejsce na świecie, ale w uprawie ziemniaka. O technicznych osiągnięciach cisza — mówi Karpiński. A nasz bohater, ku utrapieniu komunistów, co skończył jakąś maszynę, zaraz zaczynał następną, równie zmyślną. Po wynalezieniu perceptronu ówczesny kierownik Pracowni Sztucznej Inteligencji w Instytucie Automatyki PAN odmówił mu pieniędzy na dalsze konstrukcje. Miarka się przebrała. — Ubek i kawał durnia. Podstawiał mi nogę, kiedy tylko mógł, więc z opanowanej przez komunistów PAN przeniosłem się na Uniwersytet Warszawski, do Instytutu Fizyki Doświadczalnej, pod skrzydła profesora Pniewskiego, wspaniałego człowieka. Mogłem dalej robić swoje — mówi Karpiński. Pniewski miał problem. Z ośrodka CERN w Szwajcarii (Europejski Ośrodek Badań Jądrowych, ten sam, w którym w 1989 r. Tim Berners-Lee wymyślił i stworzył sieć WWW) otrzymywał tony danych, których nie potrafił analizować. Bo nie miał na czym. Karpiński zbudował mu kilka urządzeń, w tym komputer do analizy danych KAR-65. — Był znacznie szybszy i tańszy od ówczesnej Odry. Wykonywał 100 tys. operacji na sekundę i kosztował jakieś 6 mln złotych. Odra była wolniejsza, za to kosztowała 200 mln złotych — wspomina Karpiński. Zbudował jeden taki komputer, który pracował jeszcze w latach osiemdziesiątych. Mógł więcej, ale: — Wokół mnie zagęszczała się atmosfera. Byłem wrogiem ludu. Co chwila Pniewski dostawał anonimy, że jestem hochsztaplerem, że nigdy nic nie zbudowałem. On mi je czytał i pytał: Jacek, ale ty mi zrobisz ten komputer, prawda? — opowiada Karpiński. Wrogiem ludu? Jakim sposobem? Przecież robił rzeczy wyjątkowe za pieniądze i ku chwale PRL-u. — Ktoś się dokopał w moim życiorysie, że walczyłem w AK. Do tego doszła zwykła ludzka zawiść, że ja potrafię, że mnie się udaje, a innym nie. To wystarczyło. Poza tym komuniści hołubili robotników i chłopów, a nie intelektualistów — mówi Karpiński. Dlatego następne KAR-65 nie powstały. Karpiński zaczął jednak pracować nad czymś zupełnie innym, rewolucyjnym. Czymś, co wyprzedzało swoje czasy o wiele lat i mogło zapewnić mu życie w luksusach, ale stało się największym jego utrapieniem. To coś nazywało się K-202. Miłe złego początki Był rok 1969. Karpińskiemu marzyło się, żeby cały komputer dało się wsadzić do pudełka po butach. Marzenie jak na owe czasy księżycowe. K-65 był wielki jak dwie szafy. Odra potrzebowała osobnego pokoju. Kto wtedy słyszał o miniaturyzacji? I to nie tylko w Polsce. Ale Karpiński się uparł. — Poszedłem z pomysłem minikomputera do znajomego pułkownika z Zegrza. Mało nie spadł z krzesła, gdy mu go przedstawiłem. Powiedział: rób, wojsko kupi każdą ilość. Zamówienie z armii otwierało wszystkie drzwi. Jedyną firmą w PRL-u, która mogła wyprodukować taki komputer, były zakłady Zjednoczenia Mera. Dyrektor Huk zainteresował się pomysłem. Zwołał komisję do jego oceny — mówi Karpiński. Po kilku tygodniach komisja uradziła: tego nie da się zrobić, bo nie ma i nie będzie takiej technologii, która pozwoliłaby dwie szafy wcisnąć do pudełka po butach. Bo jakby była, to Amerykanie dawno by już coś takiego zbudowali. A nie zbudowali. — W Merze poradzili mi, żebym poszukał naiwnych gdzie indziej. Projekt minikomputera pokazałem znajomemu Anglikowi. To był handlowiec, więc miał znajomości. Pokazał go specom z branży komputerowej. Olśniło ich. Uznali to za najlepszą konstrukcję logiczną, jaką widzieli, i od razu padła propozycja produkcji w Anglii pod angielską nazwą — mówi konstruktor. No, właśnie, byłoby jak niegdyś z Enigmą. Karpiński, na swoje nieszczęście, chciał tego uniknąć i postawił warunek: produkcja w Polsce za pieniądze angielskie. Przeszło. — Wróciłem do Mery z opinią Anglików. A tu wciąż mur. Nie da się — wspomina Karpiński. Pomógł przyjaciel, Stefan Bratkowski. Zapukał do kilku drzwi. Otworzył ówczesny minister nauki Jerzy Łukasiewicz, późniejszy spec od propagandy w KC, który zmusił Zjednoczenie Mera do produkcji komputera. Powstała polsko-angielska spółka. My — miejsce i ludzi, Anglicy — pieniądze i zachodnie komponenty. — Partia się zgodziła, więc produkcja ruszyła. Mera podpisała umowę z firmami Data-Loob i MB me Z Karpińskim pracowali, m.in.: Ewa Jezierska, Andrzej Ziemkiewicz, Zbysław Szwaj, Teresa Pajkowska, Krzysztof Jarosławski. Młodzi entuzjaści. Ruszyło z kopyta. W małym domku, nieopodal zakładów Mery w podwarszawskich Włochach. Zakłady stoją do dzisiaj (na skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich i Hynka). Domek też. Gierek pomoże K-202 był małym modularnym komputerem o uniwersalnym zastosowaniu. Jego sercem były 16-bitowe układy scalone. Komputer wzorem współczesnych miał pamięć stałą i operacyjną, które można było rozszerzać, oraz własny system operacyjny — SOK (System Operacyjny Karpińskiego). Dzięki zastosowaniu przez Karpińskiego adresowania stronicowego, komputer dysponował zawrotną jak na owe czasy pamięcią 8 MB (pierwsze amerykańskie minikomputery miały zaledwie 64 kB pamięci), wykonując milion operacji na sekundę, szybciej niż pierwsze komputery osobiste IBM PC, które pokazały się 10 lat później. — K-202 był ewenementem w Europie, a może i na świecie. Bodajże pierwszy mikrokomputer na świecie. Początek ery minimalizacji w komputerach, w wyniku której powstały pecety — mówi Zbysław Szwaj. W zespole Karpińskiego zajmował się mechaniczną stroną K-202, wszystkimi układami mechanicznymi, był również projektantem stylistycznym komputera. Protoplasta peceta? — Absolutnie. K-202 zaprojektowałem w 1969 r., a pierwszy pecet IBM powstał w 1982 r., a i tak mu do pięt nie dorastał — dodaje Karpiński. Pracowali po 10-15 godzin na dobę. — Byliśmy zgranym zespołem młodych studentów, zapaleńców. Karpiński był dyktatorem w kwestii rozwiązań konstrukcyjnych, często pytał nas o opinie, ale i tak robił po swojemu. Pasjonowała nas ta robota. Często spaliśmy w zakładzie. Razem spędzaliśmy wolny czas. Zarabialiśmy tyle, co wszyscy, grosze. Karpiński miał wiele patentów, z których dostawał pieniądze, więc często nam dawał na jedzenie albo ubranie. Ale i tak żaden z nas nigdy nie powtarzał, że: „za pięć trzecia bierz kapotę, s... na szefa i robotę, tak dożyjesz starczej renty nawet w d…ę niekopnięty” — wspomina Zbysław Szwaj, który dzisiaj, wraz z synem, prowadzi w Mielcu własną firmę Leopard. W rok powstał gotowy model, rok później prototyp. W 1971 r. minikomputer po raz pierwszy wyszedł poza mury pracowni. Na Targach Poznańskich, do stoiska, na którym stał niepozorny K-202, podszedł Edward Gierek z Piotrem Jaroszewiczem. Za nimi świta wszystkich ministrów. Krawaty. Zachwyty. — W pewnej chwili Gierek pyta mnie, czy będziemy w stanie go produkować na masową skalę? Ja mu na to, że tak. A dacie radę? Ja mu na to: a pomożecie? Wyczuł żart, ale odparł: pomożemy. Pamiętam, że obok było stoisko Elwro, które produkowało Odrę, ale tam I sekretarz nawet nie zajrzał. To był dla nich straszliwy policzek — wspomina Karpiński. Gierek pomógł. O K-202 zaczęła pisać polska prasa. I zagraniczna. Do pracowni Karpińskiego zaczęli zjeżdżać naukowcy zza żelaznej kurtyny. I dziwili się, jakim cudem w kraju, gdzie pralki są na talony, a po banany ustawiają się kolejki, powstał tak szybki minikomputer. Radzieccy naukowcy, którzy dopiero co skopiowali IBM 360, też przyjeżdżali. I dziwili się. — Ławronow (główny konstruktor komputera RIAD, wiernej kopii IBM) nie mógł się nadziwić, że to, co u niego zajmuje całą ścianę, u mnie mieści się w walizce. Gdy wylałem na K-202 herbatę, po czym zrzuciłem go ze stołu, oczy zrobiły mu się jak denka od butelki. Komputer wciąż działał — wspomina Karpiński. Tajemnica trwałości drzemała w stykach. Wszystkie złocone. Z pierwszej produkcji 15 egzemplarzy poszło do Anglii, reszta rozeszła się w Polsce. Kilka kupił Franciszek Szlachcic do MSW, kilka trafiło do MSZ, Marynarki Wojennej („służył” na ścigaczu, jako komputer sterujący ogniem). Jeden pracował w Hucie im. Lenina, drugi w FSO, inny pojechał nawet do Szwajcarii, do CERN-u. — Przygotowywaliśmy właśnie kolejną partię, tym razem 200 sztuk, gdy pojawiły się schody. A to problem z tym, a to z tamtym — mówi Karpiński. Nie wiedział wtedy, że w KC zapadł wyrok. Na niego i na K-202. Wyrok — Karpiński to człowiek na wskroś uczciwy, patriota, wielki naukowiec. I zupełne beztalencie ekonomiczne. No i ta jego arogancja wobec ówczesnej władzy. Często powtarzał, że przeżył okupację, więc komunę też przeżyje. I wcale się z tym nie krył — twierdzi Szwaj. Arogancja? Wobec ręki, która go karmiła? — Kiedyś wizytowała nas partyjna wierchuszka. Jednemu z partyjniaków wypalił wprost, że jego wiedza wystarczyłaby co najwyżej do budowy nocników — wspomina Szwaj. Ekonomicznie nieporadny naukowiec, do tego arogant wobec władzy. Musiało się skończyć tragicznie. Ale było coś jeszcze. Zawiść. Elwro, gdzie produkowano Odrę, nie zapomniało incydentu z Targów Poznańskich. Dyrekcja poskarżyła się ówczesnemu premierowi Piotrowi Jaroszewiczowi, że Karpiński chce ich zniszczyć. — W Elwro 6 tysięcy ludzi robiło wolniejszą, droższą i wielką Odrę, podczas gdy ja z 200 ludźmi o wiele lepszy minikomputer. Nasz wkład dewizowy wynosił 1800 dolarów, ich — 30 tys. dolarów. Oni nie mieli zamówień, my po targach mieliśmy na prawie 3 tysiące sztuk. Wiadomo było, że nasz sukces ich zje, więc zamiast współpracować, walczyli o swoje tyłki — mówi Karpiński. Skutecznie. Po kilku miesiącach Karpiński dostał wymówienie. Strażnicy wyprowadzili go z zakładu, którym kierował. 200 niedokończonych minikomputerów zostało zniszczonych. To był koniec K-202. I koniec inżyniera Karpińskiego. Wilczy bilet w nauce i odebrany paszport. W urzędzie paszportowym widniała adnotacja premiera Jaroszewicza — „Nie wydawać do odwołania. Powód: sabotażysta i dywersant gospodarczy”. Nagle, niemal z dnia na dzień, został wrogiem ludu. — Kiedyś spotkałem na Marszałkowskiej znajomego. Powiedział, że pierwszy raz w życiu widzi dywersanta i sabotażystę, który w PRL-u chodzi sobie wolno po stolicy — wspomina Karpiński. Wesoły epizodzik. Ale losy konstruktora wesołe nie były. Mógł robić wszystko, pod warunkiem że nie będą to komputery. Czyli nic. Minister przemysłu maszynowego Tadeusz Wrzaszczyk chciał go zagonić na „front” konteneryzacji kraju. Wyszedł z gabinetu, trzaskając drzwiami ze złości. Machnął ręką na przeszłość. Skończył kurs rolniczy. Wydzierżawił starą chałupę na Mazurach. We wsi zapadłej. I 30 ha nieużytków. Wstawił okna, podciągnął kabel z prądem, zbudował kominek. Dało się mieszkać. On, konstruktor maszyn matematycznych, i ona, żona Ewa, magister matematyki i informatyki. On karmił świnie i kury, ona doiła jedyną krowę. Taki był układ. Raz w tygodniu jeździł jeszcze na Politechnikę Warszawską dać wykład studentom budownictwa, dla pieniędzy. Przy okazji sprzedać jajka. I tak do 1980 r., gdy do pobliskiego PGR-u przyjechali dziennikarze. Dyrektor wspomniał im coś o oryginale z pobliskiej wioski, co przychodzi po paszę dla kur i bajdurzy o komputerach. Pojechali z ciekawości. Wrócili z Kroniką Filmową. Bo wśród świń znaleźli „słynnego budowniczego komputerów”. Do kamery Karpiński wypalił, że woli prawdziwe świnie od ludzi. Poszło w Polskę. Później Aleksander Bocheński napisał artykuł: „Konstruktorzy do świń!”. Doradca Balcerowicza Dalsze losy inżyniera Karpińskiego są mniej sensacyjne, choć niejeden palnąłby sobie w łeb. Karpiński wyjechał do Szwajcarii, do swojego przyjaciela Stefana Kudelskiego (tego od magnetofonów). Trzy dni później wybuchł w Polsce stan wojenny. Otworzył firmę Karpiński Computer Systems. Zrobił robota sterowanego głosem. Już miał rozpocząć produkcję. Nie zdążył. Zbankrutował. Potem wymyślił Pen-Readera, skaner do wczytywania tekstu. W 1990 r. wrócił do Polski z zamiarem jego produkcji. Nie starczyło pieniędzy. Wyprodukował 500 sztuk, zanim BRE Bank położył rękę na produkcji i jego domu w Aninie. Kredyt okazał się zabójczy. 120 procent odsetek. Karnych. Kolejny pomysł — kasa dla handlarzy targowych i małych sklepów. Jak twierdzi, tak małej (20/16 cm) nie zbudowano wtedy nigdzie na świecie. Miał już umowę z Libellą. Nie wypaliła. Podpisał drugą, z Apatorem. Produkcja miała ruszyć lada dzień. Brakowało jedynie zamówionych w Warszawie płyt głównych. Przyszły, ale: — Wszystkie spieprzone, co do jednej. Całe 3 tysiące. Potem wyszło, dlaczego. Ten sam kooperant robił płyty dla konkurencji, która miała siedzibę w tym samym budynku, co on — mówi Karpiński. Dwa lata był doradcą ds. informatyki ministra Leszka Balcerowicza i Andrzeja Olechowskiego. — Na trzy czwarte etatu, żeby móc robić swoje komputery, a nie tylko papierki — wspomina Karpiński Dzisiaj ma 81 lat. Mieszka w wynajętej, skromnej kawalerce we Wrocławiu. Nie żyje w luksusie, jak sądził pewien Szwajcar, któremu Karpiński opowiedział o swoich wynalazkach. Część emerytury zabiera bank za niespłacony kredyt. Karpiński ledwo się porusza. Niemiecka kula. Ale na pytanie, kim jest, odpowiada dziarsko: programistą. I z wysiłkiem sięga na półkę po najnowszy wynalazek, niewielki przedmiot mieszczący się w dłoni — skaner dla księgowych, który rzędy cyfr z ksiąg handlowych zamienia na kolumny w Excelu, automatycznie wychwytując i korygując ewentualne błędy w obliczeniach. — To dzieło moje i syna Daniela, który niedawno założył firmę informatyczną. Na razie sprzedajemy skaner w Szwajcarii. W Polsce wciąż szukamy kogoś, kto by go sprzedawał — mówi Karpiński. Czyżby historia się powtarzała? Karpiński już się nie przejmuje. — Mam własny sposób na kłopoty: gdy nic nie mogę zrobić, po prostu je olewam — mówi konstruktor. Jego dawny współpracownik Zbysław Szwaj też ma na swoim koncie wiele konstrukcji i wynalazków, począwszy od spektrometru, aparatu do diagnozowania tarczycy, a skończywszy na radiometrycznym znaczniku planktonu. Ale skończył z tym. Dzisiaj produkuje sportowego Leoparda z 405-konnym silnikiem Corvetty. Ręczna robota. Za 150 tys. dolarów od sztuki.źródlo pb.pl
kategoria:
eBiznes
Komentarze (19)
2008-05-27 21:53
Na Bliskim Wschodzie, arabscy deweloperzy nabywcom apartamentów rozdają w prezencie luksusowe bentleye. W Polsce - póki co- tak dobrze jeszcze nie jest, ale toyotę można już dostać, jeśli tylko kupi się domek na jednym z podwrocławskich osiedli.
Inni deweloperzy oferują peugeoty, wycieczki na Karaiby, ba Podaż nowych mieszkań z miesiąca na miesiąc wzrasta. W 2008 r. do użytku oddanych zostanie 160 tys. mieszkań i domów jednorodzinnych. To o 30 tys. więcej niż przed rokiem. Drastycznie maleje natomiast popyt. Jest skutecznie hamowany przez kosmiczne ceny i coraz droższe kredyty. Warszawski potentat branży sprzedał w pierwszym kwartale tylko 200 mieszkań (600 w porównywalnym okresie 2007 roku) Inni także przyznają się do spadku obrotów, nawet o 70 proc. Deweloperzy, jak wiadomo często nie mają pieniędzy na inwestycje. Finansują je z przedpłat od klientów. Teraz, gdy sprzedaż siadła, firmy na gwałt szukają szybkich pieniędzy. Stąd coraz bardziej wymyślne promocje. Wszystko dobre, co służy przyciągnięciu klienta. Jeden z deweloperów chce rozdać 30 toyot yaris klientom, którzy podpiszą umowę przedwstępną na kupno wartego 450 tys. domku szeregowego w podwrocławskim Smolcu. Warte ponad 40 tys. auto ma komputer pokładowy i radio. Jedyny mankament to reklama dewelopera "zdobiąca" karoserię pojazdu, ale to drobiazg, bo to właśnie deweloper będzie przez trzy lata pokrywał koszty eksploatacji auta (m.in. ubezpieczenie, serwis, wymiana opon). Niewiele gorszy jest słynny francuski potentat deweloperski, który oferuje nowego peugeota 107 do każdego, nawet najmniejszego, 31-metrowego mieszkania, kupionego do końca czerwca na warszawskim Bemowie. Około 20 tys. zł to wartość dwuosobowej wycieczki na Karaiby. Egzotyczne wakacje mógł dostać w prezencie każdy, kto kupił od warszawskiego dewelopera mieszkanie w blokach na Mokotowie. Jaki był odzew na tę nietypową promocję? - Klienci często prosili: dajcie nam lepiej te 20 tys. w formie rabatu. Nie było z tym problemu - mówi szef marketingu w tej deweloperskiej firmie. Tak jak inni deweloperzy nie chce zdradzić, ile mieszkań udało się sprzedać dzięki promocji, przekonuje jednak, iż było warto. - 20 tys. to nieduża kwota w porównaniu z cenami mieszkań sięgającymi 500 tys. zł, nie sama więc promocja skłania klientów do kupna. Jeśli jednak jest tak oryginalna, staje się wyróżnikiem, który pozwala się wybić w tłumie ofert. A oto tak naprawdę przecież chodzi. Tłumaczy jednocześnie, dlaczego tak wiele promocji na polskim rynku mieszkaniowym oscyluje w granicach 20 tys. zł. Według niego jest to cena "okołogarażowa". Tyle są bowiem warte garaże w nowych blokach. A właśnie od promocji typu "garaż gratis" zaczynała zimą większość deweloperów. źródło: polskatimes.pl
kategoria:
Clienting
Komentarze (0)
O mnie
Jestem psychologiem biznesu. Prywatnie kolekcjonerem szwajcarskich zegarków - prawdziwego dowodu na istnienie Deus ex machina:)
Kategorie
Najnowsze wpisy
Archiwum
Najnowsze komentarze
2010-03-10 05:42
marekwojciechowski do wpisu:
Metadeterminanty
Rzecz w tym, że metadeterminanty nie są do programowania. To nie element, narzędzie z zakresu[...]
2010-03-08 07:56
nucbik do wpisu:
Metadeterminanty
Dokładnie tak, mnóstwo zachowań ludzkich można zaprogramować (NLP, MLP itp). Kolejne mądre[...]
2010-01-27 14:32
marekwojciechowski do wpisu:
Prośba od ratowników medycznych!
Coś w tym jest :)
Thx za uwagi. Pozdrawiam
2010-01-27 08:20
januszek do wpisu:
Prośba od ratowników medycznych!
Cel - owszem, jest OK. Jednak metoda łańcuszkowych-wirusowych maili jest najgorsza z możliwych[...]
2010-01-26 13:49
marekwojciechowski do wpisu:
Prośba od ratowników medycznych!
Metoda - zgoda, łańcuszkowa. Taka jest natura netu.
Cel - jak najbardziej OK :)
|